W stulecie urodzin Hugona Wolfa Przewodnik Muzyczny, kwiecień 1961
Organ Ludowego Instytutu Muzycznego w Łodzi
autor tekstu: Henryk Swolkień - Warszawa
przepisał: cis-moll


Aby powiększyć fotografię, kliknij na niej.

<przepisałem ten artykuł 22 lutego 2003 - w stulecie śmierci Wolfa; cis>

Minęło w roku ubiegłym raczej niepostrzeżenie. A tymczasem twórczość pieśniarska Hugona Wolfa to w historii pieśni artystycznej jedno z największych, najbardziej oryginalnych osiągnięć.

Historia muzyki ubiegłych stuleci obfituje w nazwiska wybitnych muzyków, których życie było jedną wielką walką z niedostatkiem, często graniczącym z nędzą, z niezrozumieniem, z nieprzebytym murem obojętności, złośliwymi atakami krytyków i zawistnych przeciwników. Niekiedy sława zdobywana z wielkim trudem pod koniec życia pozwalała twórcy zatriumfować nad tymi wszystkimi przeciwnościami. Często jednak zadośćuczynienie przychodziło dopiero po śmierci. Następującej zazwyczaj przedwcześnie i będącej złowrogim świadectwem wyczerpania się sił życiowych twórcy.

Czy nie tak właśnie w mniejszym lub większym stopniu wyglądały życiorysy Mozarta, Beethovena, Schuberta?

Do najsmutniejszych jednak należy z pewnością los kompozytora, urodzonego w 1860 r., a zmarłego w ponurych murach zakładu dla umysłowo chorych, w roku 1903, Hugona Wolfa. Jeżeli wiek XIX można nazwać wiekiem wspaniałego rozkwitu pieśni niemieckiej, pieśni, która rozpoczęta pod znakiem Schuberta, triumfowała w dziełach Schumanna, Loewego, Mendelssohna, Corneliusa, Brahmsa, Ryszarda Straussa, to na pewno wspaniałym zamknięciem tego wieku będą pieśni Hugona Wolfa.

Wolf urodził się 13 marca 1860 roku w Windlischgraz, w Styrii - południowej prowincji ówczesnych Austro-Węgier. Był synem zamożnego kuśnierza. Nie miał jeszcze lat siedmiu, gdy olbrzymi pożar zniszczył fabrykę i składnice futer ojca, który po tej klęsce nie miał już nigdy odzyskać dawnego dobrobytu. A potrzeby rodziny, w której dzieci było aż ośmioro, były niemałe. Tak więc już od dni dzieciństwa życie Wolfa stało pod znakiem niedostatku. Jak tylu innych ojców, ojciec Hugona zrobił wszystko co mógł, by wyperswadować synowi poświęcenie się zawodnej - specjalnie w tamtych czasach - karierze muzyka; mimo, że sam był muzykalny i grywał na skrzypcach, gitarze i fortepianie. Jednakże Wolf nie posłuchał rad ojca, choć w latach ciężkich zwątpień z pewnością nie raz przyznawał mu rację...

Prostolinijność charakteru, bezkompromisowość z jaką podporządkował wszystko swemu artystycznemu credo, bynajmniej nie ułatwiała życia młodemu muzykowi. Konflikt z dyrektorem Wiedeńskiego Konserwatorium doprowadził Wolfa do przerwania studiów i opuszczenia szkoły w 18-ym roku życia, a więc wtedy, gdy inni rozpoczynają studia muzyczne. Nie mogąc liczyć na żadną pomoc ze strony rodziny, ratował się dawaniem lekcji gry fortepianowej. Jednakże i tutaj nie potrafił powstrzymać się mówienia prawdy pozbawionym talentu uczniom.

Lekcji ubywało, zmniejszały się też dzienne racje wyżywienia młodego muzyka. W pewnym okresie codzienny jego posiłek ograniczał się do porannej kawy z mlekiem... A jednak stale niemal głodując potrafił Wolf studiować z pasją, komponować, dyskutować na tematy muzyczne. Ten tryb życia odbijał się fatalnie na jego zdrowiu i niewątpliwie w dużym stopniu przyczynił się do jego tragicznego końca.

Był gorącym miłośnikiem Wagnera i jego muzyki. Przyjaciele zdołali mu w pewnym okresie wyrobić stanowisko korepetytora chóru w Operetce salzburskiej. Wolf potrafił jednak na próbach operetki Straussa skupiać cały chór przy fortepianie i wtajemniczać go w piękno... wagnerowskiego "Trystiana". Niewątpliwie też w jego pieśniach przebija wpływ Wagnera.

W roku 1884 przyjaciele, którzy niejednokrotnie ratowali Wolfa przed zupełną nędzą, wyrobili mu stanowisko krytyka muzycznego w wiedeńskim piśmie "Salonblatt". Felietony swe pisał Wolf z młodzieńczym zapałem, nie oszczędzał nikogo i niczego, co - jego zdaniem - zasługiwało na krytykę. Bardzo prędko też naraził się poważnie potężnemu obozowi zwolenników Brahmsa, którzy - jak wiadomo - prowadzili walkę z obozem miłośników Wagnera. W jednej ze swych krytyk określił Wolf Brahmsa mianem epigona Schumanna i Mendelssohna, zarzucając mu ponadto, że obok pomysłów świetnych, miewa pomysły słabe lub też zgoła nie posiada ich wcale... Tego już zwolennicy Brahmsa nazywani "braminami" nie mogli darować! Odpłacali mu też gdzie się dało pięknym za nadobne.

Gdy na przykład udało się wreszcie Wolfowi doprowadzić do publicznego wykonania szeregu utworów, jeden z "braminów", niejaki Max Kalbeck, napisał takie oto sprawozdanie: "Pan Wolf w swoim czasie, występując w charakterze reportera, wywołał wesołość dając próbki swego stylu. Poradzono mu wtedy, aby poświęcił się raczej kompozycji muzycznej. Ostatnie twory jego muzy wykazały jednak, że rada ta była niewłaściwa. Powinien on powrócić do zawodu krytyka..."

Jeszcze gorzej obszedł się z Wolfem dyrygent orkiestry podczas prób jego poematu symfonicznego pod tytułem "Pentesilea". Po odegraniu utworu do końca zwrócił się do orkiestry z tymi słowami: "wybaczcie panowie, że dopuściłem do przegrania tej kompozycji aż do ostatniej nuty. Chciałem jednak sprawić sobie radość bliższego poznania człowieka, który ośmielił się pisać w niewłaściwych słowach o mistrzu Brahmsie..."

Chociaż te i podobne im wystąpienia dotykały Wolfa do żywego, nie zaprzestawał dalszej pracy. Punktem wyjścia była dla niego poezja, której urokowi poddawał się w zupełności zanim brał się do nadawania jej kształtu muzycznego. Nieraz w krótkim czasie powstawał cały cykl pieśni, nieraz jednak nad jedną pieśnią pracował czas dłuższy aż do skrajnego wyczerpania.

Goethe, Möricke, Eichendorff - to ulubieni poeci Wolfa. Do tekstów Goethego napisał 51 pieśni, do tekstów Möricke'go - 53, do Eichendorffa - 20. Inne cykle to "Śpiewnik hiszpański" z 44-ma i "Śpiewnik włoski" z 46-u pieśniami. Do jakiego stopnia przykładał Wolf wagę do roli poezji w pieśni świadczy fakt, że w wydanym drukiem zbiorze pieśni do tekstów Möricke'go polecił zamieścić jedynie tylko zdjęcie poety. Był to zarazem dowód skromności, jaka cechowała Wolfa który nie bronił się przed atakami, gardził reklamą, nie znosił ukazywania się oklaskującej go, po wykonaniu utworu publiczności.

Na premierę jedynej swej opery "Corregidor", którą wystawiano w Mannheimie w 1896-ym roku, odmówił przyjaciołom ubrania się w czarny garnitur i w letnim, jasnym ubraniu schronił się na balkonie 2-go piętra. Gdy jednak opera odniosła duży sukces, nie mógł powstrzymać łez wzruszenia...

Muzyka "Corregidora" była piękna, choć zarówno autorce libretta, jak i kompozytorowi brakło doświadczenia scenicznego, tworzyli postacie i sytuacje wyzute z wszelkiego realizmu. Z drugiej opery "Manuel Venegas" zdążył Wolf skomponować tylko 4 sceny pierwszego aktu.

Poza pieśniami i wspomnianymi już innymi utworami, skomponował jeszcze tylko szereg utworów chóralnych, kwartet smyczkowy i "Serenadę włoską" na małą orkiestrę, którą następnie przerobił również na kwartet smyczkowy.

Stopniowo pieśni Wolfa zdobywały powodzenie, zwłaszcza gdy dostawały się do rąk zarówno dobrych wokalistów, jak i odtwórców bardzo wnikliwie harmonizowanej i samodzielnie traktowanej partii fortepianowej.

Ulubiona tematyka pieśni Wolfa to miłość i przyroda.

Do komponowania drugiej opery, wspomnianego już "Manuela Venegas" zabrał się Wolf w r. 1897-ym z właściwym sobie zapałem. 15-go września tegoż roku wysłał do przyjaciela list, zapraszając go do przesłuchania już skomponowanych 4-ch scen. Przyjaciela - a był nim doktor Haberland - zaniepokoiły zupełnie pozbawione sensu dopiski na końcu listu. Pospieszył natychmiast do mieszkania muzyka, gdzie nie było już miejsca na wątpliwości. Wolf znalazł się w szpitalu dla umysłowo chorych. Po 4-ch miesiącach mógł powrócić do normalnego życia, jednakże jakakolwiek praca umysłowa męczyła go niewymownie. Następny atak choroby złączył się, jak u Schumanna, z próbą zamachu samobójczego przez rzucenie się do jeziora. Do pomieszania zmysłów dołączyły się objawy paraliżu postępowego. Tym razem drzwi domu zdrowia zamknęły się za Wolfem na całe 4 lata, by otworzyć się dopiero dla przepuszczenia orszaku żałobnego z ciałem nieszczęśliwego muzyka. Zmarł 22 lutego 1903 roku.

I oto - rzecz zdumiewająca - już po pogrzebie, który urządzono z całym przepychem, niemal cały Wiedeń złożył pośmiertny hołd Wolfowi. Ci, którzy za jego życia zatruwali mu każdą radosną chwilę, tłumili i wyszydzali każdy sukces, teraz prześcigali się w głoszeniu jego sławy.

Dzisiaj pieśni Wolfa, uważane za jedno z największych osiągnięć niemieckiej liryki, są probierzem najwyżej pojętej kultury artystycznej wybitnych nawet artystów. Pieśni Wolfa mają swój własny styl, co z pewnością jest jedną z największych ich zalet. Jest w ich melodyce, harmonice, w traktowaniu partii fortepianowej coś specyficznie fascynującego. Kto z pieśniami Wolfa styka się po raz pierwszy, doznaje po prostu wstrząsu i jest jakby urzeczony ich poetyckim czarem, zaskoczony odrębnością stylu, zniewalającym pięknem i głębią. A tak mało znamy i tak rzadko słuchamy tych pieśni. Czas nadrobić do zaniedbanie. Nie zapominajmy o pieśniach Wolfa!




 
Copyright (c) 2002-2007 by Tempus Fugit